Palermo - grudniowe odwiedziny Wyspy Słońca - część pierwsza

Hu, hu, ha, hu, hu, ha, nasza zima zła
Szczypie w nosy, szczypie w uszy 
Mroźnym śniegiem w oczy prószy
Wichrem w polu gna!

Zainspirowani twórczością Majki Jeżowskiej, postanowiliśmy sprawdzić na własnej skórze jak doświadcza się zimy w innej części Europy. Wybraliśmy Sycylię, bo to ona najmocniej przytula się do Afryki. 

Początek...

Jest 8 grudnia 2017 roku. Kilkanaście minut po godzinie 16 czasu miejscowego. W szybkim tempie zbliżamy się ku ziemi, za oknem wita nas niesamowity widok. Przepiękne miasto położone wśród gór, oświetlone złotymi promieniami zbliżającego się do horyzontu słońca. Z hukiem uderzamy w powierzchnię lotniska...


Jesteśmy w Palermo!

... a w zasadzie to na Aeroporto di Palermo Falcone e Borsellino oddalonym od miasta 30 kilometrów.
W kasie, na lotnisku kupujemy bilet tam i z powrotem na Shuttle bus (koszt: całe 10 euro/os) i biegniemy na miejsce odjazdu gdzie czeka już na nas 50-cio osobowa 'czerwona limuzyna'.

W międzyczasie słońce zdążyło już zgasnąć, co nie przeszkadza nam w wyłapaniu zza szyby pięknych, opuszczonych domów przy drodze i tuż przy morzu. Dlaczego są opuszczone? i dlaczego jest ich tak wiele? a może tylko sprawiają takie wrażenie? Może Sycylijczycy są ekooszczędni, siedzą po zmroku przy świecach lub nie siedzą w ogóle tylko wraz z zachodem słońca zapadają w sen, by skoro świt wypoczęci mogli przywitać nowy dzień racząc się małą gęstą prze-czarną?

Z Palermo Centrale przy Piazza Giulio Cesare pędzimy na Via Piave (15 minut piechotką), gdzie mamy nocleg u Antonietty i Alessio z Airbnb. 
Mieszkanie mieści się w ponad 1000-letniej kamienicy. Poraz kolejny trudno nam uwierzyć ot tak, że ta kilkupiętrowa kamienica zamieszkiwana jest przez jakieś żywe dusze. 
Jakie jest nasze zdziwienie, gdy wychodząc na zewnątrz okazuje się, że w naszym pokoju jest dużo zimniej (często więc wychodziliśmy na dwór się ogrzać, pomimo, że temperatura nie przekraczała 15 stopni). 

Idziemy w miasto!

Szybka wymiana zdań z naszymi hostami i uciekamy do centrum. Idziemy na cwaniaka nie wyciągając mapy - przecież znamy azymut ! Po co nam mapa? 
Ulice stają się coraz węższe i coraz bardziej mroczne, a na każdej stoi podejrzany typ, a nawet cała ich gromadka.
Pani A. ściska moją dłoń bardziej niż zwykle, a gdy do palców nie dochodzi od jakiegoś czasu krew, postanawiamy skorzystać z pierwszego koła ratunkowego. 
Wyciągamy mapę...
...i okazuje się, że idziemy w przeciwnym kierunku...
Błądziliśmy po ulicach dzielnicy Albergheria, dziś zamieszkiwanej głównie przez imigrantów. 
Według nas (a przynajmniej według Pani A.) lepiej omijać ją po zmroku! Nie jest tam zbyt przyjemnie. A właściwie to jest, rozpadające się kamienice obwieszone praniem tworzą niezapomniany klimat, chyba najlepiej ubrać czapkę niewidkę i wtedy można się gubić.

Quattro Canti

Docierając do centralnego punktu Palermo do naszych uszu dochodzą dźwięki trąbek, bębnów i innych instrumentów. Gdzieś pomiędzy słychać też kogoś, jakby księdza? Eeee...?
Znaleźliśmy się w samym środku procesji Maryjnej!
Dziś Kościół obchodzi uroczystość Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny. To również w ten dzień Włosi ubierają choinki.
Znad tłumu wyłania się ogromna postać Maryi, którą ledwo unosi ok. 30 'chłopa'. Cierpienie wypisane na twarzy, ale czego się nie robi dla kawalerki w niebie.
Czas wiać!



Frida

parafianom nie widać końca... korzystając z palermiańskiego wi-fi odnajdujemy lokalizacje Pizzerii Frida (Piazza Sant'Onofrio, 37), która jest numerem jeden na naszej gastronomicznej liście.
Miejsce przyjemne, wnętrze przyozdobione obrazami i motywami Fridy Kahlo.
Zamawiamy 2 ulubione pizze, quattro formaggi i margheritę. Jest dobrze i całkiem ekonomicznie (5 i 6 euro), ale to nie jest najlepsza pizza jaką jedliśmy. Szczególnie quattro formaggi o smaku oscypka?
ruszamy dalej!



Street Food

w Palermo trwa festiwal street food. Aby skorzystać trzeba wykupić żetony, za które w poszczególnych budkach można kupić jadło. Wszystko dzieje się na ulicy Via Vittorio Emanuele. Jest to jednak opcja głównie dla mięsożerców. Mięsni smakosze mogą spróbować m.in. tutejszego specjału, czyli bułek wypełnionych płucami i śledzioną cielęcą (uhhhh). 
Na nas nie zrobiło to wrażenia i szybko stamtąd zniknęliśmy - a szkoda, bo przed przyjazdem naczytaliśmy się wiele dobrego o ulicznym jedzeniu. 

Chilling 

czas na odpoczynek... a co nas najbardziej odpręża? Wino, a sycylijskie smakuje nam najlepiej! Trafiamy do Fuoriluogo (Via Orologio, 8). Miejsce przepełnia zapach wina (być może krótko przed otwarciem polewają ceramiczne kafle winem?) Jest pięknie! Bardzo miły barman po kilku pytaniach poleca nam wino Lamuri. Jeszcze nigdy nikomu nie zdarzyło się tak dobrze rozeznać w naszych potrzebach. Strzał w dziesiątkę!




Pod domem spotykamy samochód - piekarnię. U nas zapewne zostałby opatrzony przyciągającą nazwą w stylu Food Truck Backery ! Tutaj jest to po prostu bezimienny biały bus z połamanym parasolem wypełniony pieczywem. Mieszkańcy mają możliwość kupienia świeżego chlebka, bagietki nawet późnym wieczorem. Mniami. Moglibyśmy tam zamieszkać i spać po gołym chlebem.



Dzień pierwszy, a w zasadzie pierwsze popołudnie dobiegło końca. Bardzo dużo wrażeń jak na tylko kilka godzin a przed nami jeszcze całe 2 dni!

We need more !



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz