Barcelona w 3 dni - cz.1

Co się stało z Włochami?

Widząc Hiszpanie w naszej relacji od razu nasuwa się pytanie - co stało się z Włochami?

Dlaczego zakochane w południowej Italii hebanowe głowy, dysponując kilkoma dniami wolnymi i lnianym woreczkiem z monetami decydują się śpiewać La Cucarachę?

Powodów można wymienić co najmniej kilka:



➼ niegdyś założyliśmy sobie, aby zwiedzić, jak najwięcej stolic Europy, a w Barcelonie nas jeszcze nie było (edit: Pan T. był w latach 90., sięgając nieco ponad biodro Taty. Niestety z wyprawy tej pamięta jedynie, że jadł hamburgera w okolicach Ramblii, więc tak czy siak należało odświeżyć topografię miasta)

➼ bo w Hiszpanii można zjeść pyszne nachosy i tortillę! Czy można? O tym w później słów kilka...

➼ bo nie wypada tak tylko Włochy i Włochy, bo żeby wiedzieć, że Sycylia to nasze miejsce na ziemi, trzeba zwiedzić więcej, aby się upewnić, czy to aby jedyne miejsce, które powoduje u nas tak znaczny wyrzut endorfin w mózgu

➼ bo RyanAir oferował bilety w korzystnej cenie i
w korzystnym dla nas terminie


Primer día - z żoną w Żironie

Lot był dla nas bardzo korzystnie rozplanowany, ponieważ w Gironie byliśmy już ok. 10:30, a więc calutki dzień przed nami.

Krótko po 2,5 godzinach, rozgrzana jeszcze od wrocławskiego słońca Pani A. biegnie do wyjścia z samolotu. Po wystawieniu pierwszego palca u pierwszej stopy na zewnątrz całe życie przeleciało jej przed oczami, świat się zatrzymał, niebo poczerniało, a
wrony zaczęły głośno krakać.

JEST ZIMNO i pada. Ale to przecież przejściowe prawda?


Po przejściu przez płytę lotniska, wchodzimy do środka i oczywiście... szukamy toalety. Pan T. chciał być cwany i wcześniej wyczytał w Internetach, że kolejki do toalety zaraz przy wyjściu są ogromne, a do toalet na drugim końcu hali nie ma w ogóle... Były... 

Po załatwieniu swoich spraw wychodzimy z lotniska i kierujemy się w prawo. Dochodzimy do postoju autobusów z małą budką gdzie możemy kupić bilet. Girona - Barcelona, Barcelona - Girona kosztuje 25 euro i jest ważny 30 dni. I to się opłaca!


Po 70-minutowej podróży z granatowym niebem za mokrymi oknami docieramy do celu.

Jesteśmy w Barcelooonieee.

uWłoszczeni od razu poszukujemy KAWY, bo przecież kawa jest wszędzie dobra, prawda? 

Nie

Pani A. dokonała wnikliwej selekcji, wybrała lokalik na dworcu autobusowym i zamówiła "uno coffee solo cappuccino latte". Dostaliśmy coś w rodzaju zabielonej kawy. 

Kawa jest wszędzie dobra, ale we Włoszech :)

Niestety, ale nie był to odosobniony przypadek. W Barcelonie naprawdę ciężko nam było znaleźć miejsce z dobrym cappuccino. 

Pogoda się poprawiła, do naszego noclegu Airbnb mieliśmy 3,5 km, więc poszliśmy pieszo, po drodze chłonąc barcelońskie ulice. Pan T. wcześniej przestudiował tą trasę, więc (o dziwo) 40 minut później byliśmy na Carrer de Sant Salvador.

Gràcia - miasto w mieście


Wybór miejsc noclegowych na Airbnb był bardzo ograniczony, zarezerwowaliśmy pokój prywatny w mieszkaniu w dzielnicy Gràcia, nie wiedząc nic o tej dzielnicy. Jak się okazało zdecydowanie nam się poszczęściło. Mimo, że Gràcia położona jest w centralnej części miasta sprawia wrażenie, jakby żyła własnym życiem. W dzielnicy tej znaleźć możemy liczne place, które do późnych godzin stają się miejscem spotkań lokalnych mieszkańców. Im ciemniej, tym głośniej, a kawa zamienia się w wino i chmielowe zupy. Udając Katalończyków możemy podpatrzeć ich codzienne życie, nie naruszając jego naturalnego rytmu. Ciemne włosy sprzyjają wtapianiu się w tłum.


Gràcia jest wspaniałą wyborem dla tych, którzy unikając turystów chcą pozostać w sercu miasta tętniącym życiem.

Jeden ciepły zestaw ubrań nawet do Afryki!


Pani A. z każdą godziną traciła ciepło, a wraz z ciepłem dobry nastrój. Zgubiły ją oczekiwania, jak to zazwyczaj w życiu bywa. Szykując się do podróży ściągnęła z szafy wielką srebrną walizę przypominającą neseser, z której to wyciągnęła zleżałe po zimie LETNIE ciuchy. Pomyślała: w końcu jadę do Hiszpanii, a Hiszpania to słońce, śródziemnomorskie wiatry i cytrusy spadające z drzew prosto w plecaki. Już w pierwszy dzień okazało się, że temperatura jest niższa, niż we Wrocławiu. Pan T. zaczął w popłochu oddawać wszystkie warstwy ubrań, w które się zaopatrzył na wyjazd.

          

          

Śladami Antoniego Gaudiego - guru barcelońskiej architektury

Chcąc nie chcąc, ale zdecydowanie bardziej chcąc, kierując się z dzielnicy Gràcia w kierunku ścisłego centrum po drodze napotkaliśmy na jedne z najbardziej rozpoznawalnych budynków tegoż architekta - Casa Milà i Casa Batlló. Mimo, że zazwyczaj wyszczególniane miejsca w przewodnikach omijamy szerokim łukiem, w przypadku dzieł Gaudiego rozwijamy purpurowy dywan, odkorkowujemy ulubione wino i poświęcamy ulubione goździki ! Przyglądając się temu, co powstało za jego życia nasuwa się jedna główna refleksja: Co rozgrywało się w jego umyśle? Ah, gdyby tak można spędzić w jego głowie choćby jedno popołudnie. Obserwując mnogość kolorów, odcieni, bezkształtnych kształtów, surowców, których używał Gaudi przestaje dziwić fakt, że Gaudi za swojego życia uważany był za intruza. Intruza w sztuce, ponieważ wyłamując się z ówczesnych trendów był postrzegany jako ten, który zakłóca ład społeczny. Cóż za ironia, że o tych zezłoszczonych konserwatystach nikt dziś nie pamięta, a dzieła Gaudiego stały się ikoną Barcelony i 
przyciągają turystów z całego świata !

Casa Batlló
Casa Milà
A teraz wisienka na torcie:

- Antoni G. podobno zginął pod kołami konnego tramwaju, przyglądając się jednemu ze swoich największych dzieł (mowa oczywiście o Sagrada Familia). Powiadają: jakie życie, taka śmierć. W tym przypadku znacznie bardziej pasowałoby, aby Gaudi został na przykład połknięty przez rybę i uwięziony na wieki w jej szkielecie! Taki jakby odwet ryb za zapożyczanie ich w swoich dziełach ;)

- architekt często dekorował budynki ceramiką. W jednym z przewodników znaleźliśmy informację, że Gaudi snuł się po ulicach Barcelony zbierając po śmietnikach porozbijane płytki ceramiczne. Ciekawostka ta wydała nam się bardzo prawdopodobna, ponieważ sami przechadzając się po uliczkach napotykaliśmy na porozbijane płytki przy kubłach na śmieci. Prawdziwy geniusz, dziś zostałby okrzyknięty tytułem: Master of Zero Waste! 

Barri Gòtic - gotycka dzielnica i my!


Gdy wspominamy gotycką dzielnicę Barcelony na myśl przychodzą nam następujące obrazy:
- jedzenie znanych w Barcelonie pierożków i picie pierwszego hiszpańskiego mini-piwa San Miguel (małe a mocne!)


- pokaz puszczania dużych baniek przez Pana, który po zaprzestaniu puszczania baniek zdecydował się poderwać zaczytaną CZIKĘ pod kościołem

- krótki deszcz, lekki wiatr

iii jeszcze jedno !

Pani A. jeszcze we Wrocławiu planując podróż zdecydowała się zorganizować swojemu mężowi niespodziankę. Pomyślała: Ha! Zabiorę go na Plaça st jaume, ponieważ co niedzielę o godz. 18:00 zbierają się tam ludzie, by wspólnie zatańczyć Sardanę - narodowy taniec Katalończyków. Toż to będzie wymarzone, rodzinne powitanie w Hiszpanii - pomyślała. Z niemiecką punktualnością na miejsce dotarliśmy jeszcze przed czasem, przecież trzeba znaleźć odpowiednie miejsce. Plac nie jest duży, a Katalończyków cała masa. DOTARLIŚMY NA CZAS. Nieco spoceni, nieco zmęczeni. Plac był. Jacyś ludzie przechodzili przez plac. Godzina się zgadzała. Dzień tygodnia też. Pan T. zdecydował się zweryfikować informację w internetowej bazie danych. Okazało się, że Sardana owszem odbywa się w niedzielę, o godz. 18:00, na Plaça st jaume, ale we wrześniu...

Pan T. skwitował tą sytuację jednym zdaniem: "Że też nie sprawdziłem tej informacji wcześniej". 

Z charakterystycznym dla siebie opanowaniem dodał "Oj, Adusia, Adusia", po czym powędrowaliśmy dalej. 

Ale przynajmniej Plac Świętego Jaume nabrał większego znaczenia w naszym życiu ! 

Czy nie?

¡Salud! za udaną wędrówkę !

Zmęczeni całodziennym kolekcjonowaniem wrażeń (choć ten rodzaj zmęczenia w podróży jest równoznaczny z uczuciem spełnienia) wstąpiliśmy na cavę






 ¡Salud! za udaną wędrówkę !





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz